czwartek, 16 czerwca 2016

Rozdział 154



-Jestem taka podekscytowana…- mówi mama, na co moje dziewczyny zaczynają się śmiać. Theresa załatwiła samolot, który zawiezie nas do Paryża, bez trudów związanymi z paparazzimi.
Gdy tylko samolot wznosi się w powietrze stewardessa przynosi nam napoje i przekąski.
-Grace, wiesz, że nie zdradziłaś nam jaką rolę będziemy odgrywały…- mówi Lucy, a Gemma i Eleanor kiwają głową.

-Wiem, ale dopóki nie znajdę wam sukni dla druhen nic wam nie powiem…- mówię, a mama  zaczyna się śmiać.
-Oj no weź… Powiedz chociaż trochę…- mówi El.
-Nie.- mówię  z uśmiechem, a one zrezygnowane opierają się o tył fotela.
Do samolotu zabrałam mnóstwo katalogów ślubnych i wymieniamy się z dziewczynami szukając odpowiedniego projektu, Theresa jest z nami, bo mam mieć sesję, czy wywiad w Paryżu.
-Wiecie nie mogę się doczekać tego ślubu…- mówi Gemma niespodziewanie, gdy tylko lądujemy w Paryżu. Theresa siedzi na telefonie i mówi, że samochód jest załatwiony, który zawiezie nas do hotelu (zdecydowałam, że wszystkie będziemy razem w hotelu).
-Powiedziała Gemma…- mówi Lucy śmiejąc się.- To tu Grace powinna skakać…
-Oj no!- śmieje się siostra Hazzy.- Nie czujecie tego? Jedziemy pomagać Grace wybierać jej suknię ślubną…- mówi podekscytowana.
-Dobrze, że Gemma tak się z tym obnosi…- mówię.- Zmotywuje mnie chociaż… Bo mnie zżera ciekawość i przerażenie…
-Nie masz się czego bać…- mówi mama łapiąc mnie za rękę.-To razem z narodzinami Silver będzie najpiękniejszy dzień w twoim życiu, gwarantuję ci to…- mówi pokrzepiająco, a ja uśmiecham się szeroko na jej słowa.
Wychodzimy z samolotu i idziemy prosto do dużego auta załatwionego przez Theresę, w celu chronienia mojej prywatności… Wsiadamy i jedziemy prosto do hotelu, gdzie po załatwieniu formalności związanymi z apartamentami rozdzielamy się. Wszystkie dziewczyny będące ze mną tutaj stwierdziły zgodnie jako, że powinnam mieć sama apartament z największymi luksusami, to moje ostatnie chwile wolności. Nie podchodzę tak do tego, ślub jest tylko formalnością i nie ukrywajmy w normalnym życiu nie zmieni nic, prócz tego, że będzie już pełnoprawną rodziną, a stanę się Grace nie-Moore…
Jestem zmęczona całym tygodniem pełnym pracy, więc mówię dziewczynom, że dziś dajmy sobie spokój z jeżdżeniem po kolejnych domach mody. Biorę prysznic i od razu kładę się spać.

(…)
Kolejny dzień jest emocjonujący, bo pierwszy w poszukiwaniu sukienki. Dziewczyny odpicowały się jak nie powiem co…
-Ale właściwie po co się tak ubieramy?- pyta Gemma.


-Bo jedziemy do światowych domów mody i mamy wyglądać jak milion dolarów.- mówi krótko Lucy, a ja się z nich śmieję.

-Ty się nie śmiej…- mówi Lucy.- Też się odpicowałaś…
Dziewczyny chichoczą.
-Bo jestem osobą publiczną i pracuje w Vogue’u i mam wyglądać dobrze, bez względu gdzie jestem…- mówię, a one przyznają mi rację.
Pomagam mamie ogarnąć, co mogłaby ubrać i to moja mama nie one wszystkie wyglądają jak milion dolarów. Ma takie zgrabne nogi, że nie mogę, a jak podkręcam jej włosy to miód malina. Wychodząc z hotelu, Theresa oznajmia mi, że w holu czeka ochroniarz, dla bezpieczeństwa.
-My ją obronimy…- mówi Gemma, a wszystkie zaczynają się śmiać.
-Paul prosił…- dodaje Tess.
-Paul?- pyta El.
-Tak… Simon kazał mu przekazać…- mówi Tess.
-O kurde… Wszyscy się o mnie martwią to trochę śmieszne…- mówię.
Wychodzimy z hotelu, właściwie ja pierwsza, a one potem, kilka osób jest pod hotelem i oczekuje na zdjęcia, ale już spóźniona odmawiam. Kierowca wiezie nas najpierw do domu Calvina Kleina, wysiadamy i już tam czeka na nas przedstawicielka firmy. Każdy z domów mody, którym byłam zainteresowana podpisał umowę o zachowaniu prywatności, informacja o moim zamiarze kupna sukni musiała pozostać za grubym murem przed prasą, która i tak zrobiła się podejrzliwa.
-Bardzo się cieszę pani Moore, że zainteresowała się pani naszymi wyrobami…- mówi kobieta przedstawiając się chwilkę wcześniej.
-Swoją drogą podobała mi się struktura, którą prezentujecie…- mówię, a moje ręcę drżą, takie to dziwne.
-Proszę za mną…- mówi kobieta, a mama mnie zatrzymuje na chwilkę i każe dziewczynom iść.
-Nie stresuj się kochanie…- mówi łapiąc mnie za dłonie.- Jesteś już kobietą, matką i nie takie rzeczy przechodziłaś, a boisz się przymierzania sukienki? Zobaczysz, będziesz przeszczęśliwa i nie przejmuj się tak bardzo tym… Jestem z tobą…- mówi i przytula mnie do siebie, na co czuję się zancznie lepiej. Po schodach wchodzę trzymając ją za dłoń.
Pracownia jest idealnie przygotowana, a suknie, którymi bezpośrednio byłam zainteresowana czekają na manekinach. Okrążam je i przyglądam się każdemu detalowi, w rezultacie na zdjęciach wyglądały znacznie lepiej niż w rzeczywistości, czym bardzo się zawodzę. Pokazuję dziewczynom, że trzeba jechać dalej. Dziękuję kobiecie, mówiąc, że to nie jest to czego szukam i jedziemy w kolejne miejsce, czyli do Toma Forda. Tam nie ukrywam, że jeszcze bardziej się zawodzę, a mój humor od razu robi się nie za dobry.
-Grace, kochanie… Nie przejmuj się, jest jeszcze tyle miejsc…- mówi mama, a ja kiwam głową.
Jedziemy dalej, ale przy nastepnych łapię większego doła, dopiero późnym wieczorem już padnięta trafiamy do pracowni Oscara De La Renty i tam znajduję coś co mi przypada do gustu. Mężczyzna, który nas oprowadza zapamiętał mnie i stwierdził, że od momentu, kiedy brałam od niego katalogi minęło mnóstwo czasu…
-Potrzebowała sporo czasu do zastanowienia…- mówi Gemma, a on uśmiecha się i zaprasza nas, by pokazać suknie.
-Ale zanim pani je pokażę, niech powie pani, co dokładnie oczekuje pani od sukni…- mówi.
-Chcę, by mnie zachwyciła, żeby była tak piękna, że padnę na zawał…- mówię, a dziewczyny się śmieją.
-Lepiej nie…- klepie mnie po ramieniu Eleanor.
-A jaki krój?
-Nie wiem sama, tego jest tyle, gdybym wybrała sobie jeden to byłoby inaczej, wiedziałabym konkretnie co chcę…
-Suknia z trenem?- pyta, a ja nieśmiało kiwam głową.
-Z welonem?- pyta, a ja znów kiwam głową.
-Ma być monumentalna, czy raczej subtelna?
-Chciałabym spróbować takich i takich…- mówię.
-Dobrze, myślę, że znajdę coś dla pani…- mówi i zaprasza nas do pracowni, gdzie jest mnóstwo sukni. Jedna podoba mi się bardziej niż wszystkie i dziewczyny każą mi ją przymierzyć.
Gdy ją zakładam czuję się inaczej, nie przestraszona, a w skowronkach.
Spoglądam na siebie w lustrze, a moja mama robi mi mnóstwo zdjęć, dziewczyny z szerokim uśmiechem obserwują mnie.
-I jak?- pyta Gem.
-Jest ładna, ale mnie nie powaliła…- mówię cicho wzdychając lekko.
-Zaraz przyniosę inny model…- mówi meżczyzna.
Ściągam z pomocą Lucy suknię i czekam na kolejną, tamta już w ogóle mi się nie podoba i po przymierzeniu jeszcze jednej, którą ściągam nawet bez pokazania się dziewczynom stwierdzam, że jedziemy dalej.
Theresa dziękuje doradcy i załatwia auto.
-Tamta pierwsza była ładna…- mówi Tess.
-Może i tak, ale nie byłam jakoś przekonana.

(…)
Następnego dnia mam nagranie w jednym francuskich radiów, ale Theresa zabroniła im zadawać jakiekolwiek pytania na temat mojego życia prywatnego, więc zrobili tylko krótkie nawiązanie do Harry’ego, zresztą z podtekstem seksualnym z czego bardzo się śmiałam. Zaraz po tym, jadę do hotelu, by przebrać się i jechać w dalszy objazd.
W Louis Vitton bardzo podoba mi się jedna sukienka, ale moim marzeniem było zawsze mieć suknię, o której nigdy nikt nie zapomni, jak wyglądała, więc ta odpadała. Nie miała trenu, o którym myślałam cały czas szukając sukni.
-A co powie pani o tej?- mówi doradczyni sklepu przynosząc kolejną.
Ta. Jest. Piękna.
-Wow…- szepcze Eleanor.
-Czy nie jest piękna?- pyta kobieta, a my wszystkie kiwamy głową.
-Proszę przymierzyć.- podaje mi ją, idę za kotarę i tam kobieta pomaga mi ją włożyć.
Przerzucam włosy na jedną stronę i wychodzę.
-Matko, jaka piękna…- mówi mama, a Gemma aż zatyka usta. Rzeczywiście… W pewnym sensie przypomina projekt, który zawsze chciałam, ale to nie zmienia faktu, że swoją strukturą i cięciem jest kompletnie różna od tych, których przymierzałam wcześniej.
-Podoba się pani?- pyta doradczyni, a ja robię jeden obrót, wtedy wyczuwam jest potwornie ciężka jest.
-Tak, ale czemu jest taka ciężka?- pytam.
-Przez konstrukcję, która sprawia, że jest taka puszysta…
Robię sobie zdjęcie lustrze, by nie zapomnieć, a potem ewentualnie porównać…
-Na razie podziękuję, ale jeżeli nic nie znajdę, wrócę po nią…- mówię i ściagam suknię.
-Ta była wyjątkowo piękna…- mówi Lucy.
-Może i tak, ale jaka ciężka, to sobie nie wyobrażacie…- mówię.
Jest pora obiadowa, więc zabieram dziewczyny na obiad, siadamy przy stole i zamawiamy jedzenie. Rozmawiamy oczywiście o tym, co się zbliża, ale także o innych rzeczach. Pokazuję dziewczynom zdjęcia sukienek, które chciałabym, żeby miały jako druhny, a one się zachwycają.
-Zmieniasz nazwisko?- pyta Lucy, gdy kelner przynosi jedzenie nam wszystkim.
-Nie wiem sama…- mówię.-Chciałabym, ale z drugiej strony mam obawy, że ludzie zaczną coś gadać…
-Co mieliby gadać?- pyta Gemma.
-Np. że teraz będę wszędzie zapraszana przez nazwisko, a nie przez to co robię…- mówię.
-Za bardzo przejmujesz się tym…- mówi Lucy.
-Może i tak, ale spójrzcie na to z mojej strony, tyle hejtu, ile ja strawiłam żadna z was nie doświadczyła… A nie przepraszam, Eleanor też…- mówię.
-Rozumiem Grace…- mówi Calder.- Ja choć nie wychodziłam za Louisa to byłam i jestem już inaczej postrzegana, jestem rozpoznawalna, co wcale nie jest takie fajne… Nie ma prywatności i ciągle słyszę: „Mogę zdjęcie?”…
-To jest denerwujące…- przyznaję.- Ale związałyśmy się z osobami publicznymi, wokalistami i musimy się z tym liczyć, aczkolwiek tego nie lubię, a to robię.
Moja mama zaczyna nagle się śmiać, a my się patrzymy na nią zdziwione.
-Wiecie przypomniało mi się, jak w liceum zanim poznałam twojego tatę…- zwraca się do mnie i kontynuuje.-… był taki zespół i tam był taki wokalista, miód malina…- mówi, a my wszystkie zaczynamy się śmiać.-…i zaprosił mnie na randkę i potem trochę kręciliśmy, chociaż twoja babcia uważała, że lepiej, żebym związała się z innym mądrzejszym, a nie szalonym wokalistą…- mówi, a my spoglądamy na siebie z El.-…oczywiście jej nie posłuchałam…- znów wybuchamy śmiechem.
-I co było dalej?- pytam.
-Byłam z nim prawie 8 miesięcy… I pamiętam, gdy tylko zaczęliśmy chodzić ze sobą, jak wy to mówicie, to cała szkoła miała mnie na celowniku, właściwie wszystkie dziewczyny…- mówi.
Chichoczę.
-Widzisz mamo, co my czujemy? Z tą różnicą, że tych dziewczyn, które nas obserwują jest kilka milionów…- mówię, a mama kiwa głową.
-Wiem, wiem…- śmieje się.- Potem poznałam twojego tatę, wielkiego pasjonata statków, miłość mojego życia…- uśmiecha się pod nosem.- Zginął tak jak chciał… W ich obecności…- mówi mama.
Wzdycham cicho.
-Ale nie rozmawiajmy o tym, ślub teraz jest temat no.1…- mówi, na co się uśmiecham.

(…)
Po drugim dniu nie ukrywam, że mam powoli dosyć i po obejrzeniu naprawdę mnóstwa sukni to jestem podłamana, bo nie znalazłam właściwej. W ciągu dnia tak puchną mi nogi, że nie wiem, co się dzieje, postanawiam przerwać poszukiwania i jedziemy do jednego ze spa. Każdej z nas należy się chwilka odpoczynku, nachodziłyśmy się bez celu… Dalej bez żadnego efektu… Bez sukni… Gdy mam robiony masaż czuję się fantastycznie, a masażystka stwierdza, że jestem bardzo spięta… Ciekawe czemu…
-Tracę nadzieję Eleanor…- mówię przyjaciółce, która leży obok.
-Daj spokój, znajdziesz jeszcze coś idealnego… Czemu się poddajesz?
-Bo od trzech dni chodzimy i jeszcze nic nie znalazłam, co by było moją wymarzoną suknią…
-Jeżeli nie tu, to w Nowym Jorku poszukamy, jak nie tam, to w Milanie… Na pewno jest gdzieś coś, co cię zainteresuje.
-Oby…- wzdycham cicho.
Nagle przez drzwi wpada Theresa z ręcznikiem na sobie, patrzę na nią przerażona.
-Riccardo Tisci na linii…- mówi moja asystentka, biorę od niej telefon i przykładam go do ucha.
-Halo?- pytam.
-Grace, jak miło cię słyszeć…- mówi projektant, a ja uśmiecham się szeroko.
-Ciebie też, dawno się nie widzieliśmy…
-I to trzeba zmienić, jak najszybciej…- mówi.-…wg plotek, które krążą chciałem się upewnić, czy są prawdziwe i czy rzeczywiście szukasz sukni ślubnej?
-Tak, są prawdziwe…- mówię.
-To fantastycznie, gratulacje! A czy znalazłaś taką która by cię zadowoliła?- pyta.
-Niestety nie..- mówię.-...szukam od dwóch dni w calym Paryżu i nie znalazłam tego, co rzeczywiście by mnie usatysfakcjonowało...
-Mam dla ciebie propozycję... Przyjedź do mojej pracowni i mam dla ciebie suknię...
-Ale? Jak masz?
-Mam suknię, która miała być honorową w moim następnym pokazie, ale to tobie mogę ją przeznaczyć, znając twój styl, myślę, że ci się spodoba...- mówi.
-Dobrze, będę za godzinę.- mówię.
Theresa stoi i czeka.
-Riccardo ma dla mnie suknię i twierdzi, że to będzie ta jedyna.- mówię.-Dlatego zaraz po masażach jedziemy do Givenchy.
Masażystka kontynuuje, a ja patrzę na Eleanor.
-Skąd ma pewność, że spodoba ci się ta suknia...- pyta.
-Nie wiem, ale wiele razy zaufałam jego szalonej intuicji i byłam zadowolona, więc nie ukrywam, że tym razem także spróbuję...
-Masz rację, nie masz nic do stracenia.
-Jedynie do zyskania.
Po kolejnych 30 minutach masażu przebieramy się w nasze rzeczy 9 kół i wychodzimy z ośrodka, wsiadamy do podstawionego auta. Siedzę przy oknie i wyglądam przez nie w zastanowieniu, że może tam czeka suknia, która porazi mnie tak, że stwierdzę, że jest najpiękniejsza na świecie i to ją chcę mieć na swoim ślubie. Telefon w mojej dłoni oznajmia mi, że mam wiadomość, sprawdzam kto to i uśmiecham się pod nosem.
"Znalazłaś już swoją suknię, królewno?"
Uśmiecham się szerzej.
"Nie, książę, jeszcze nie, ale dostałam bardzo ważny telefon, który twierdził, że ma coś, co mnie zadowoli..."
"Jestem ciekaw ciebie w tej sukni..."
"Zobaczysz ją dopiero na ślubie... Na pewno nie wcześniej...xx."
"O no jasne! Ale ty w garniturze zobaczysz mnie wcześniej!"
"Misiu, ja ci sama go wybrałam..."
"Wybrałaś?"
"Kiedy?"
Uśmiecham się szeroko.
"Jakieś dwa miesiące temu, poza tym ten garnitur jest w domu już..."
"Czemu ja nic nie wiem?"
"Chciałam ci go pokazać wcześniej, ale nie było okazji, poza tym stwierdziłam, że ci się spodoba..."
"Tak dobrze mnie znasz, żebyś kupowała mi garnitur ślubny i była pewna, że mi się spodoba? Xx."
"Znam cię całego dosłownie..."
Uśmiecham się pod nosem, gdy kierowca oświadcza, że jesteśmy na miejscu. Wysiadamy wszystkie i podążamy do pracowni projektanta, czeka na nas i wita się ze mną, przedstawiam mu dziewczyny i mamę.
-Plotki o twoim ślubie krążą od dawna, ale nigdy nie były potwierdzone... Pracowałem nad tą suknią już wtedy jak rozpoczęły się plotki i byłaś moją inspiracją...- mówi, a ja się uśmiecham szeroko, czując jak moje serce bije oszalałe. Miała być ona moją główną suknią w pokazie za miesiąc, ale stwierdziłem, że skoro jesteś w Paryżu to zapytam cię...
-Czy mogę ją zobaczyć?- pytam.
-Lepiej dla ciebie, jeżeli od razu ją ubierzesz...
Spoglądam na dziewczyny, które siadają w fotelach, a ja idę do osobnego pomieszczenia, gdzie pracownice domu mody Givenchy. Ubieram suknię, w której czuję się dziwnie wygodnie, nie jest ciężka, a gdy odwracam się widzę piękny tren, mam nałożony welon, który jest tak długi, że stanowi część trenu. Pracownice uśmiechają się szeroko i otwierają drzwi, obcasami wystukuje kroki i wchodzę do pomieszczenia, gdzie są moje pomocnice. Wszystkie zatykają usta z wrażenia, a mojej mamie zaczynają lecieć łzy. Jeszcze nie widziałam się w lustrze, ale gdy tylko się odwracam i spoglądam w swoje odbicie z uśmiechem na twarzy stwierdzam, że to w tej sukni chcę poślubić Harry'ego.
-Ona jest... Majstersztykiem...- mówię Riccardo. A ten tylko się przygląda.
-Cóż, wiedziałem kogo sobie wziąć za inspirację...- mówi.-...Weźmiesz w niej ślub?- pyta mnie, a ja kiwam głową.
-Nie ma innej opcji...- mówi.

***
KIBICUJEMY POLSKIEJ REPREZENTACJI!!!!!!!!!!! ⚽⚽⚽⚽🏆🏆🏆

No i wiadomo...
Miłego czytania!!!💕💕

5 komentarzy:

  1. Mogłabyś mi powiedzieć w którym rozdziale był ślub Lucy? ;)
    Albo podać link do niego?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozdział 75 :) Camille xx.

      Usuń
  2. Teraz tylko czekać na ślub :)

    OdpowiedzUsuń